Lecimy karmić fiordy

Po dwóch i pół miesiąca przerwy czas na kolejną wyprawę. Tym razem nie zapuszczamy się na inny kontynent, ale emocje towarzyszą nam te same co zawsze. Pomysł zwiedzenia tej części Europy chodził już za nami od jakiegoś dłuższego czasu, aż tu nagle PROMOCJA, tanie bilety, szybka decyzja i lecimy. Niestety, jak się później okazało, nawet kilkudniowy pobyt w tym kraju równa się ze sporym uszczupleniem portfela. Ale na podróże nie ma co żałować!

Oslo - stolica, a zarazem największe miasto Norwegii, oferuje wiele atrakcji turystycznych. Plan zwiedzania mniej więcej mamy już ustalony. Nie muszę pisać, że jak najwięcej? Chcemy na miejscu wykupić kartę miejską Oslo Pass. Oferuje ona całkowicie darmowy transport miejski, zniżki w restauracjach, darmowe wejścia do muzeów, na basen, łyżwy itp. Zapewne nie uda nam się skorzystać ze wszystkiego, ale chcemy tak zorganizować sobie czas by kładąc się wieczorem do łóżka powiedzieć “to był dobry dzień”!

Oslo usytuowane jest nad brzegiem fiordu, który otoczony jest górami - żadna europejska stolica nie może chyba pochwalić się tak malowniczym położeniem. Oslofjord, jest piątym co do wielkości (107 km) fiordem w kraju. Jeśli tylko starczy nam czasu chcielibyśmy odbyć krótki rejs statkiem, by podziwiać w pełni uroki tego miejsca.

Z racji tego, że wyjazd dosyć krótki, bo 4 dniowy, nie ma zbyt dużo pakowania. Traktujemy go, jako kolejną przygodę, spontan - bierzemy swój tobołek i lecimy.

O ile tylko będziemy mieć łączność ze światem możecie liczyć na krótkie podsumowanie kolejnych dni na obczyźnie.

 Pozdro, K&I

Universal Studios, Hollywood, CA Universal Studios, Hollywood, CA Universal Studios, Hollywood, CA Universal Studios, Hollywood, CA Universal Studios, Hollywood, CA Universal Studios, Hollywood, CA Universal Studios, Hollywood, CA Universal Studios, Hollywood, CA Universal Studios, Hollywood, CA Universal Studios, Hollywood, CA

Oszukali nas!

Dzień zaczął się nie inaczej niż zwykle, czyli pyszne śniadanie w motelowej restauracji, ciepła herbata wypita w towarzystwie amerykanki (która podsiadła nasz stolik) trochę witaminy C w postaci pomarańczy i w drogę. Wyspani, najedzeni rozpoczęliśmy dzień 13.

Tak, jak wspominaliśmy wczoraj - na dzisiaj właściwie mięliśmy jeden główny cel: Universal Studios. Wytwórnia ta należy do najstarszych i zarazem największych wytwórni filmowych (nakręconych tu zostało już łącznie około 3 400 filmów).

Bilety zamówiliśmy przez stronę internetową Universal Studios Hollywood dzień wcześniej by mieć pewność, że uda nam się dostać na teren wytwórni (każdego dnia przybywają tu setki, a raczej tysiące spragnionych rozrywki gości). Podczas kupowania biletów masz możliwość wyboru trzech opcji - bilet zwykły, “Gate A ticket” oraz VIP pass. Czym się od siebie różnią? Przede wszystkim tym jak długo stoisz w kolejce do kolejnej atrakcji i jakie bonusy Cię czekają. Generalnie opłaca się dołożyć te kilkanaście dolców by mieć przynajmniej tą drugą opcję. Nie czekasz w kolejce (masz osobne wejścia na teren każdej atrakcji), a jeśli już trwa to maksimum 5 minut. Dla biletów w wersji podstawowej już około południa czas oczekiwania to jakieś pół godziny.

Cały obiekt otwarty jest dla zwiedzających każdego dnia od godziny dziesiątej. My byliśmy dosłownie kilka minut później (przez wieczne korki w LA) i tuż przed bramkami wprowadzającymi na teren stała już kolejka samochodów. Wszystko przebiegało jednak sprawnie. Po raz kolejny stanęła przed nami opcja wyboru parkingu: normalny, w pobliżu wejść i przed samym wejściem (ach ci amerykanie, dają wolny wybór na każdym kroku). Zaparkowaliśmy, po czym pan parkingowy z przeokropną wadą wymowy (aż zacząłem się zastanawiać czy to nie pierwsza atrakcja tego parku rozrywki) pokazał nam gdzie możemy odebrać butelkę wody oraz którędy do wejścia. Tu kolejne bramki, gdzie odbierasz swoje wejściówki, potwierdzasz rezerwacje lub zakładasz vip passy. Mimo setek ludzi już od samego rana przebywających na terenie wytwórni, w przeciągu 2 minut dostaliśmy się na pierwszy plac. Szybkie rozeznanie (dali nam mapki) i ruszyliśmy w stronę zabawy i rozrywki.

Zwiedzanie obiektu zaczęliśmy od wejścia do zamku strachów. Początki w tym ciemnym miejscu były zupełnie normalne i przewidywalne, jednak z pokonywaniem każdego kolejnego metra serce biło coraz mocniej i szybciej. Co chwilę z zza ścian wyskakiwały dziwne postacie, z nożami, trupie czaszki, potwory goniące nas w ciemnościach. W pewnym momencie już miałam plan ucieczki widząc “Emergency Exit” ale twardym trzeba być - bez zawału dotrwaliśmy do końca! To był dopiero przedsmak tego w jaki sposób amerykanie potrafią zaserwować rozrywkę. Samo wykonanie postaci, lokacji w domu strachów było perfekcyjne, ze świecą szukać podobnej dbałości o szczegóły w polskich parkach rozrywki. Tuż po wyjściu przydybał Kasię Frankenstein, był sztywny, jeśli wiecie o czym mówię :)

Przeszliśmy przez uliczkę wypełnioną postaciami z horrorów. Już na samym początku przywitał nas Chucky, zarzynając w międzyczasie kierowcę Vana. Dalej było już tylko lepiej. Horda zombie, umarłe klauny, a gdzieś pomiędzy nimi, tak zupełnie przypadkiem, samochód Jasia Fasoli. Na każdej z tematycznych uliczek znaleźć można restaurację, pub, kawiarnię wpasowującą się w klimat. Doszliśmy do ruchomych schodów zjeżdżających na sam dół terenów wytwórni. Zostawiliśmy w szafce plecak i torbę (wchodząc do atrakcji, o których zaraz opowiemy lepiej nie mieć niczego ze sobą) i rozpoczęliśmy kolejną przygodę w klimacie filmu “The Mummy Returns”. Zakładaliśmy, że będzie to przejażdżka wagonikiem po ciemnych korytarzach, a co jakiś czas wyskoczy na nas mumia, lub inny Imhotep i tyle. Nic bardziej mylnego. Z wrażenia pospadały nam aż okulary. To w jaki sposób przyspieszyły wagoniki i przechyliły się ciężko opisać. Nigdy wcześniej nie poczuliśmy się tak na żadnym rollercoasterze. Połączenie świetnych efektów dźwiękowych, wizualnych, dopracowanej scenografii, a także dodatkowych motywów jak spadające krople wody, dym czy chłodne powietrze potęgowały wrażenia. Wyszliśmy tam z wielkimi bananami na twarzy. Już wiedzieliśmy, że opłacało się tu przyjechać.

Kolejna atrakcja położona jest w tej samej części, na przeciw “mumii”. Jurrasic Park z zewnątrz wyglądał na miłą przejażdżkę wśród przyjaźnie nastawionych do ludzi dinozaurów. Z  początku rzeczywiście tak było. Tuż po tym, jak wsiedliśmy do wagoniku, który przez całą trasę porusza się po wodzie, przywitał nas wielki Diplodok. Ten roślinożerny zwierzak spojrzał na nas ospale po czym trysnął z nozdrzy wodą (chyba tylko po to by przygotować nas na bardziej mokrą przygodę później). Z sekundy na sekundę robiło się jednak bardziej niebezpiecznie. Rozległ się dźwięk syren alarmowych. Z za krzaków zaczęły wyskakiwać drapieżne Welociraptory, a tuż po nich w ścianie nad nami powstała wielka wyrwa z której wyłoniła się naturalnych rozmiarów paszcza Tyranozaura, który ryknął na nas i próbował złapać. W tym momencie wszystkie wagony zaczęły spadać z ogromną prędkością (przypomnę, że byliśmy cały czas na wodzie). Zgadnijcie jak to się skończyło dla pierwszego rzędu wagonika? Dziewczyna przed nami musiała chyba na nowo nałożyć poranną tapetę :)

Zaraz po Parku Jurajskim nastała kolej na Transformersów, tu również wytwórnia stanęła na wysokości zadania, od momentu wejścia przez bramki wczuwasz się w klimat. Nawet ludzie sprawdzający bilety są przebrani i w charakterystyczny dla danego tematu sposób informują Cię co masz robić. Wszędzie rozlegają się dźwięki pomagające Ci wejść w rolę. Po raz kolejny połączenie wszystkich technik stworzyło niesamowite show, o którym opowiadamy sobie do teraz.

Po tym nastały już kolejne atrakcje. M.in. The Simsons Ride, Kink Kong, Shrek itd. Jest tego dużo. Nam skorzystanie ze wszystkich przygotowanych przez Universal Studios rozrywek zajęło 6 godzin, a można spędzić tam o wiele, wiele dłużej. Nie będziemy się rozpisywać na temat każdej z nich, lepiej zostawić element zaskoczenia, gdy się tu wybierzecie. Pierwsze myśli po wyjściu z tego parku? Amerykanie są mistrzami zabawiania, rozrywki i tworzenia iluzji. Przy objazdówce po terenach wytwórni zobaczyliśmy jak filmowcy radzą sobie z wieloma kwestiami. Zobaczyliśmy makietę kilku ulic Nowego Jorku w skali 1:1, powódź w meksykańskim mieście, czy zbudowaną na potrzeby jednego filmu stację metra, która na naszych oczach zawaliła się na skutek trzęsienia ziemi. Oszukali nas - wszystko co widzimy na ekranach kin lub naszych telewizorów w zaciszu domowym to fikcja. To czysta iluzja!

Malibu Creek State Park, M*A*S*H Site, CA Malibu Creek State Park, M*A*S*H Site, CA Malibu Creek State Park, M*A*S*H Site, CA Malibu Creek State Park, M*A*S*H Site, CA Malibu Creek State Park, M*A*S*H Site, CA Malibu Creek State Park, M*A*S*H Site, CA Malibu Creek State Park, M*A*S*H Site, CA Malibu Creek State Park, M*A*S*H Site, CA Malibu Creek State Park, M*A*S*H Site, CA Malibu Creek State Park, M*A*S*H Site, CA

M*A*S*H czy nie masz?

Kalifornia powoli daje nam do zrozumienia, że niedługo powinniśmy wrócić do ojczyzny. Z taktem, niby nienachalnie z dnia na dzień zmniejsza temperaturę, zasłania co raz bardziej słońce, zwiększa siłę wiatru. Obniża chmury, lub tworzy większe mgły, a nad samym LA ciężko nawet stwierdzić czy to pierwsze, może drugie, a może trzecie - miejski smog.

12ty dzień przywitał nas pochmurnym niebem i temperaturą na poziomie 16-17 stopni. Jako, że prognozy na najbliższe dni są jeszcze gorsze postanowiliśmy ostatni raz nacieszyć się pięknymi plażami w okolicach Santa Monica i Malibu. W pierwszym mieście już byliśmy, dlatego wjechaliśmy na krajową jedynkę i spokojnie sunęliśmy wzdłuż spokojnego, szarego dziś oceanu. Na miejscu byliśmy przed południem, przespacerowaliśmy się po na prawdę pięknej plaży, jednak nie robiła niesamowitego wrażenia z powodu braku słońca. Kalifornia bez światła momentalnie staje się kolejnym, zwykłym miejscem. Usiedliśmy na chwilę w surferskiej knajpce, która mimo wczesnej pory była praktycznie zapełniona. Korzystając z dobrodziejstw cywilizacji, szybkie sprawdzanko co nowego na Facebook’u oraz w skrzynkach mailowych, kliknęliśmy w link, który podesłała nam mama. Kilkanaście mil od naszego miejsca pobytu kręcono serial komediowy o amerykańskich żołnierzach - M*A*S*H. Szybka decyzja i już jedziemy w góry. Po kilkunastu minutach, byliśmy już dobrych kilka tysięcy stóp powyżej poziomu morza, a chmury zostały na dole. Temperatura momentalnie skoczyła w górę, dostaliśmy zastrzyku nowej energii. Wjechaliśmy do parku Malibu Creek State Park.
Zostawiliśmy samochód na parkingu (o tak, też zdziwiliśmy się, że ten park amerykanie zwiedzają na pieszo) i poszliśmy za resztą turystów na szlak. Zupełnie nieprzygotowani po kilkunastu minutach spaceru zobaczyliśmy tabliczkę MASH Site 3miles. Nasz mózg szybko zinterpretował 3 mile jak 3 kilometry, więc co tam, mimo że nie mamy wody, odpowiedniego obuwia, idziemy! Podróż przez wąwozy, góry, mosty, wąskie, kamienne dróżki trwała około godziny. W pełnym słońcu, wydawało się jakbyśmy chodzili tam już dobre kilka godzin. Jedno jest pewne - widoki są przepiękne. Nie jestem fotografem, więc nie potrafiłem w kadrach ująć piękna tego miejsca, parę zdjęć jednak wrzucimy za chwilę.

OK. Lubimy ten serial, dlatego bardzo się cieszyliśmy na samą myśl o dotarciu na miejsce. Wyszliśmy z wąwozu, przed nami pojawiła się stara, wojskowa ciężarówka z wielkim czerwonym krzyżem na boku. Jesteśmy już blisko. Dosłownie chwilę później dotarliśmy do miejsca gdzie Twentieth Century Fox kręciło sceny “z zewnątrz”. Na miejscu są 2 kompletnie zniszczone pojazdy, 3 tabliczki informacyjne i parę ławek. Koniec. Los Angeles i okolice rozczarowują nas po raz kolejny. Nie było tak źle, widoki na około na prawdę są piękne, a my spaliliśmy mega wielkie i dobre hamburgery z dnia poprzedniego.

W drodze powrotnej wpadliśmy coś przekąsić do Chart House - restauracji położonej nad samym oceanem w Malibu. Mają tu pyszne zupy - z owoców morza i cebulową. Obsługującą nas kelnerką okazała się Niemka polskiego pochodzenia, urodzona w Raciborzu. Bardzo miło nam było, gdy starała się mówić po polsku “dziękuję”, “przepraszam”, czy “smacznego” przy tym cały czas się uśmiechając.

Dopiero po wyjściu z restauracji poczuliśmy jak bardzo dała nam się we znaki wycieczka w góry. Mimo zaplanowanej wizyty w Downtown Los Angeles wróciliśmy do naszej noclegowni. Jutro jedziemy do Universal Studios w Hollywood. Spaaaać!

Miasto upadłych aniołów

W dzień Las Vegas wydało nam się ciekawszym miejscem niż wieczór wcześniej. Mimo, że całe miasto nie wzięło jeszcze prysznica po ostatniej, ostrej nocy mieliśmy okazję obejrzeć wszystkie hotele z bliska, skąpane w słońcu. Są ogromne, są przepełnione amerykańską wizją bogactwa - wszystko się świeci, elewacje, balustrady czy klamki udają, że są pozłacane. Las Vegas chce w tym jednym miejscu na pustyni pokazać odwiedzającym cały świat. Jest tutaj wieża Eiffela, jest i Statua Wolności. Wszystko jest 50% tańsze, lub w opcji “buy one, get one free”. Operatorom filmu Ocean’s Eleven należą się pokłony, udało im się ten cały kicz schować gdzieś pod perski dywan z cekinami, pokazując tylko elegancję i majestatyczność poszczególnych hoteli, które tak na prawdę są noclegownią na wyższych piętrach, a bazarem na niższych. Hotel Trump, Ceasar Palace, Bellagio, MGM Grand są przeogromne. Mimo wszystko cały czas czujesz, że to miasto to tylko wielka halucynacja, lub fatamorgana na pustyni w Nevadzie.

Niesamowicie się cieszyłem, że wracamy z Nevady do Kaliforni. Mieliśmy przed sobą 5 godzin drogi, dodatkowo wydłużyliśmy ją trochę bo chcieliśmy poczuć na własnej skórze, jak to jest snuć się po legendarnej Route 66. Powiem Wam jedno, warto przyjechać tu do Stanów, by znaleźć się na którymkolwiek odcinku tej drogi. Tu czas się zatrzymał, w niektórych miejscach piasek zakrywa powoli drogę, kiedyś tętniące życiem pobocze pełne stacji benzynowych, barów z amerykańskim jedzeniem czy noclegowni, dziś jest pustkowiem z rozpadającymi się gdzieniegdzie budynkami. Czas tutaj stanął. Gdy wyjeżdżaliśmy z Las Vegas temperatura pokazywała 27 stopni. Na drodze 66 było prawie 35 stopni, a jedyne życie jakie można było zaobserwować, to snujący się na horyzoncie pociąg towarowy. Z jednej strony miałem świadomość, że gdzieś za górą w odległości kilkunastu mil równolegle mnóstwo samochodów jedzie po autostradzie Interstate 40, ale tak czy siak bałem się czy nasza fura da sobie radę i np. nie zagotuje się w słońcu. Jednym słowem wspomnienia na całe życie.

Pod wieczór dojechaliśmy do Anaheim, miasta, które jest częścią aglomeracji Los Angeles. Miejsce to główna baza wypadowa do Disneylandu, stąd bardzo dużo tu rodzin z dziećmi. Dodatkowo to dosyć znane centrum konferencyjne. Anaheim to był nasz ostatni przystanek przed kilkudniowym pobytem w mieście aniołów. Zjedliśmy po burgerze, wróciliśmy do hotelu (tak tym razem to był hotel) i padnięci poszliśmy spać.

Kolejny dzień to wizyta w Walmarcie, pokręciliśmy się trochę po centrum handlowym. Moja walizka doszczętnie już się rozwaliła, więc kupiliśmy nową, zapakowaliśmy zakupy do samochodu i przejechaliśmy około pół godzinny odcinek drogi do naszej noclegowni w Los Angeles. Motel leży bardzo blisko lotniska, dzięki czemu nie będziemy się martwić, że w ostatni dzień korki w tym mieście nie pozwolą nam zdążyć na samolot. Dodatkowo uwielbiam dźwięk startujących i lądujących samolotów, a tu słychać je co chwila.

Na pierwszy ogień w Los Angeles poszły sklepy Famousa (Fast Life - firma i sklep założony przez perkusistę Travisa Barkera), Tokidoki, Johnny Cupcakes, New Era, Kidrobot. Zajebiste wrażenie zrobił na nas sklep “z ciasteczkami”. Super wystrój i pomysły na pokazanie produktów (postaramy się wrzucić parę fot z tych miejsc). Pierwsze rozczarowanie? Sklep Fast Line jest zamknięty bez żadnej informacji - nie wiadomo czy przeniesiony czy zwinęli interes.

Potem już klasycznie aleja gwiazd, wzgórze Hollywood, Rodeo Drive, przejażdżka Beverly Hills. Rodeo Drive to ulica z ekskluzywnymi butikami. Prada, Luis Vuitton, Giorgio Armani mają tu swoje sklepy. Po tej i sąsiednich ulicach snują się Lamborghini, Ferrari, Bentleye. Tutaj wydaje się gruby hajs, było tu ładnie, czysto, ale jednocześnie nijako. Aleja Gwiazd na Hollywood Boulevard to klasyczny przykład wieś tańczy i śpiewa. Wszystko tutaj krzyczy, mnóstwo bannerów, billboardów, turystów, przebierańców namawiających Cię do zdjęcia za jedyne 5 dolców. No i gdzieś tam pod nogami tłumu gwiazdy, a w zasadzie gwiazdeczki wryte w chodnik. Efektu wow nie było. Beverly Hills miejscami bardzo ładne, zadbane, czyste, w innych miejscach nie odstaje od południowej części LA pełnej bezdomnych i brudnych ulic. No i wzgórze Hollywood - w sieci podanych jest kilka adresów, gdzie warto podjechać legalnie samochodem i pyknąć parę fot. Jest to przydatne głównie z tego względu, że na wielu ulicach wokół wzgórza postawione są zakazy wjazdu. Chodzi o to by nie tworzyły się korki na niesamowicie wąskich uliczkach i mieszkańcy mogli spokojnie dojeżdżać do swoich posesji.

Pierwszy dzień w LA to mieszane uczucia, nie chcemy jeszcze wydawać opinii na temat tego miasta. Jest trudniejsze w odbiorze niż np. San Francisco. Pożyjemy, zobaczymy.

Route 66, Amboy, CA Route 66, Amboy, CA Route 66, Amboy, CA Route 66, Amboy, CA Route 66, Amboy, CA Route 66, Amboy, CA Route 66, Amboy, CA Route 66, Amboy, CA

Welcome to not so Fabulous Las Vegas

Dzień dziewiąty. San Diego staje się kolejnym wspomnieniem. Wjechaliśmy na 15stkę i snuliśmy się spokojnie na północny wschód. Codziennie odkąd tu przyjechaliśmy wita nas gęsta mgła. Wygląda to na kolejny pochmurny dzień. Nic bardziej mylnego, bo im wyżej wjeżdżaliśmy tym mgła bardziej opadała. W końcu około godziny 10 rano pokazało nam się słońce. Yeah!

Na trasie do Las Vegas co chwila mijamy tabliczki z napisem Route 66, ale tą atrakcję zostawiamy na dzień kolejny. Im dalej na wchód zielony krajobraz przemienia się w pustkowie, naokoło widać kolejne pasma górskie. Dla mnie to było coś niesamowitego, podejrzewam jednak, że większość amerykanów na samą myśl o takiej drodze ziewa. Co jest ciekawe, to przez 70-80 mil mijasz tylko raz na jakiś czas krzaczek, lub słupy linii wysokiego napięcia, aż tu nagle znikąd, in the middle of fucking nowhere wyrasta centrum handlowe lub outletowe czy kilkudziesięcio-piętrowy hotel. Tak po prostu. Co jest ciekawe, nie są to miejsca puste, mnóstwo tu zaparkowanych samochodów, ludzie chętnie spędzają tu czas.

Im bliżej Las Vegas tym więcej billboardów, bannerów reklamowych informujących o atrakcjach w mieście (zupełnie jak na trasie z Łodzi do Rzgowa :D ) W końcu dojechaliśmy na miejsce. Check-in w hotelu i co? Źle zarezerwowałem nocleg, bo na dzień później. Na szczęście, jak zawsze pomocni tutaj ludzie pomogli nam zmienić rezerwacje i parę minut później zbieraliśmy już kopary z podłogi. Otwieramy nasze miejsce noclegowe, wchodzimy a tu: salon, kuchnia, pralnia, wielka łazienka i sypialnia z jacuzzi. I to w cenie moteli w innych częściach Kaliforni. Na zewnątrz baseny, jacuzzi, brodziki, wolno chodzące kaczki, papugi - klimat na obiekcie jest naprawdę zacny!

Dzisiaj w Las Vegas 30 stopni więc byłoby grzechem gdybyśmy nie skorzystali z basenu i atrakcji na terenie obiektu. Niewiele myśląc wskoczyliśmy w kostiumy wzięliśmy ręczniki i czym prędzej do basenu. Stwierdziliśmy, że Las Vegas i tak lepiej zobaczyć nocą więc z czystym sumieniem wylegiwaliśmy się na leżakach.

Słońce zaszło więc pora udać się w miasto, pierwszym naszym punktem był oczywiście “Welcome to Fabulous Las Vegas “, dojeżdżając do znaku z daleka było już widać tłumy osób, zapełniony parking (tak, tak tuż koło znaku zrobiony jest specjalny parking, by zwiedzający mogli blisko podjechać…) podeszliśmy bliżej, a tam kolejka, wszyscy stali i czekali by cyknąć sobie fotkę na zielonej trawce tuż pod “Welcome…” (Była nawet para młoda, która zapewne tuż przed paroma minutami powiedziała sobie “TAK”) Nam nie chciało się stać więc cyknęliśmy parę fot z boczku i udaliśmy się do kolejnego punktu.

Zobaczyliśmy znane w Las Vegas kościoły, większość to wolno stojące kaplice ślubne funkcjonujące albo przy bulwarze Las Vegas Strip, albo w specjalnej sekcji miasta, zwanej dystryktem ślubnym Las Vegas, który istnieje w pobliżu miejskiego biura ds. ślubów.
Średnią liczba udzielanych ślubów to 120 tysięcy rocznie, niewątpliwie branża ślubna w Las Vegas jest bardzo konkurencyjna!

No i nastał długo oczekiwany moment, pora udać się do Las Vegas Strip - hm… odcinek Las Vegas Boulevard - kicz o długości około 7 km. Na pierwszy rzut oka może i robi wrażenie, mnóstwo świecących neonów, kolorowych hoteli, nieczęsto spotyka się takie widoki, ale już po godzinie patrzenia na to wszystko zaczynają boleć oczy, ma się dosyć ludzi …i tego miejsca. Czym prędzej chcieliśmy wrócić do naszego oddalonego 10 minut od miasta hotelu zrelaksować się w jacuzzi (w sypialni;) ) i wypić lampkę wina.

Dzisiejszy dzień był tak pełen wrażeń, że zapomnieliśmy zupełnie o jedzeniu, śniadanko jedliśmy koło 8 rano kolejny posiłek pochłonęliśmy dopiero koło godziny 20 :D Zapomnieć o jedzeniu… można chyba tylko w Las Vegas :D

Anyway, mamy jak zawsze mało czasu więc przepraszamy, że mało foci wpada na bloga. Postaramy się to nadrobić. W najgorszym wypadku zalejemy Was zdjęciami po przyjeździe do kraju, który niestety zbliża się wielkimi krokami.